Maria nienawidziła świąt od czasu, gdy mąż zostawił ją samą z czteroletnim synkiem. Kolędy , reklamy i cały świąteczny nastrój pogłębiały jej samotność. Nigdy nie myślała, że wszystko zmieni się w dniu, gdy do jej domu zawita św. Mikołaj.
Już w listopadzie, gdy w sklepach pojawiły się pierwsze świąteczne wystawy z choinkami i bombkami, a w telewizji zaczęto pokazywać reklamy z Mikołajem i reniferami – synek Marii zaczął wypytywać, czy do nich też przyjdzie święty Mikołaj. Dla Marii pytanie to było wyjątkowo trudne.
Dotychczas w rolę świętego rozdającego prezenty wcielał się jej mąż, w tym roku nie bardzo wiedziała, jak wypełnić pustkę nie tylko po mężu, ale także po Mikołaju. W rodzinie nie było żadnych mężczyzn, którzy mogliby wcielić się w rolę dobrodusznego staruszka z workiem prezentów. Były mąż, zajęty swoją nową miłością, zaplanował wyjazd do ciepłych krajów na święta i nowy rok, i w tym względzie nie mogła tez na niego liczyć.
Będę musiała zadzwonić do agencji – pomyślała. Wykonała kilkanaście telefonów, ale okazało się, że chyba wszyscy Mikołaje w mieście byli zajęci. Nie było szans na zamówienie Mikołaja w wigilijny wieczór. Proponowano jej terminy w przeddzień Wigilii, albo wcześnie rano, a Maria uparła się, że chociaż prezenty synkowi przyniesie Mikołaj, tak jak trzeba, gdy na niebie zabłyśnie pierwsza gwiazdka.
Tym bardziej, że zdecydowała się spędzić tylko z synkiem. Rodzice już nie żyli, brat mieszkał na drugim końcu Polski i musiałby pojechać na dłuższy czas. Poza tym obawiała się, że nie będzie w stanie cieszyć się wraz z innymi. Po kolejnych telefonach udało się jej ubłagać „Mikołaja”, aby przyszedł do niej wigilijnego wieczoru.
Wigilia niestety zaczęła się od pecha. Najpierw zatkał się zlew w kuchni, a później, jakby tego było mało do wanny, w której pływał karp, a którego mieli wypuścić do stawu w pierwszy dzień świąt, wpadł telefon komórkowy.
No nie, jak pech to pech – pomyślała Maria. Nie dosyć, że będę musiała myć w zlewie w łazience naczynia, bo przecież nigdzie nie znajdę teraz hydraulika, to jestem jeszcze odcięta od świata. Trudno – jakoś przeżyjemy te święta, ostatecznie to tylko dwa dni – próbowała się pocieszać.
Gdy zabłysła pierwsza gwiazdka, Maria z trudem powstrzymywała łzy. Nigdy nie czuła się tak samotna i zaczęła żałować, że jednak nie pojechała na święta do brata. Byłaby tam równie samotna, ale przynajmniej „ w tłumie”.
Gdy przyszedł „ubłagany” Mikołaj, zdziwiła się tylko trochę, że postawą nie przypomina w żadnym razie dobrotliwego staruszka. Nawet strój nie był w stanie ukryć, że musiał być przystojnym mężczyzna.
Mikołaj był wysokim mężczyzną, a gdy zaczął rozmawiać z synem, łzy poleciały jej same. Wyszła na chwilę do przedpokoju, aby wytrzeć oczy i aby syn nie widział, że płacze.
Gdy wróciła do pokoju, po łzach nie było śladu, a na dywanie siedział Mikołaj i bawił się kolejką z jej synkiem. Nie, to mi się chyba śni – pomyślała Maria.
– A czy Mikołaj nigdzie się nie śpieszy – próbowała zdyscyplinować „świętego”, który zapomniał się w zabawie, a na pewno miał jeszcze inne zamówione wizyty.
Nie – odpowiedział Mikołaj - już byłem u wszystkich dzieci. To może się chociaż Mikołaj napije herbaty? – zapytała. Z przyjemnością – odpowiedział. Po godzinie wstał i powiedział, że musi już iść. Już, a nie możesz przyjść jutro? – zapytał synek.
Jutro…. ja nie mogę, bo jadę do innych dzieci, ale mogę przysłać pewnego sympatycznego pana – zapewnił. I stało się tak, jak obiecał.
Następnego dnia przyszedł do ich domu Marcin, a później zaczął przychodzić coraz częściej, aż został. Czasami śmieją się tylko oboje, że Marcin ma oczy i głos św. Mikołaja. A Maria nie chce nawet myśleć o tym, co by było, gdyby tak uparcie nie szukała Mikołaja na wigilijny wieczór dla swojego syna.